Czarno-biały film. Maroko

Ja też jestem żołnierzem - młody kelner z Ourzazate nawiązuje do wcześniejszego pytania o dużą ilość mężczyzn chodzących po ulicach w strojach przypominających wojskowe mundury. Wyjmuje z kieszeni telefon i pokazuje mi kilka selfie co jakiś czas odwracając w charakterystycznym geście ekran i przerzucając kilka zdjęć, zapewne mniej udanych.

Jesteś żołnierzem straży granicznej? - pytam. Nie, żołnierzem w filmach. Grałem już w czterech - pokazuje kolejne zdjęcia. W angielskich i francuskich. Zawsze grasz żołnierzy? - dopytuję. To są różne filmy - jeden był o Egipcie, jeden biblijny... Właściwie dwa o Biblii no i ten nowy, tu byłem żołnierzem. W jego głosie słychać dumę.  

Ouarzazate nazywane jest czasem 'Oullywood' - w mieście działają dwa duże studia filmowe, w progach których powstawały między innymi takie filmy jak "Lawrence z Arabii", "Ostatnie kuszenie Chrystusa", "Kundun", "Gladiator", "Pasja", "Aleksander" i "Babel", realizowano także część zdjęć do serialu "Gra o Tron".

Choć ostatnich kilka lat nie było szczególnie łaskawych dla tutejszych studiów, to wydaje się, że sytuacja zaczyna powoli się poprawiać. Amerykańscy i europejscy producenci wolą wracać do droższego Maroka, które jest w stanie zapewnić członkom ekipy bezpieczeństwo, o które nie jest łatwo w innych, konkurencyjnych krajach Afryki i Bliskiego Wschodu.

W Ouarzazate prawie każdy mieszkaniec miasta choć raz statystował w filmie.

W Ouarzazate są dwa kina. Oba nieczynne.

Jeszcze dwadzieścia lat temu w Maroku działało ponad 200 sal kinowych, obecnie publiczność może korzystać z nie więcej niż 50. Tamtejszy rynek rozrywki w ostatniej dekadzie zdominowały powszechnie dostępne nielegalne kopie filmów i albumów muzycznych. Mieszkańcy mniejszych społeczności widzą również zmianę, jaka dokonała się wśród młodych ludzi - wieczorne spotkania w kawiarniach i na skwerach zostały zastąpione przez nocne seanse z telewizją satelitarną lub internetem oraz ciągłe odgradzanie się od innych słuchawkami podłączonymi do telefonów komórkowych.

Jedyne otwarte kino, na jakie trafiliśmy podczas podróży, oferowało wyłącznie repertuar bollywoodzki.     

Centrum kulturalne Ciné Théâtre Palace powstało w 1926 roku. Gościło w swoich progach Nat King Colea i Ritę Hayworth, w czasach świetności odbywały się jednocześnie 3 pokazy filmowe -  dwa w salach pod dachem i jeden pod gołym niebem.

Popadające w ruinę budynki Palace nie pasują do nowoczesnej dzielnicy Gueliz. Młodzi, modnie ubrani ludzie, którzy zajęli się rewitalizacją tego zapomnianego przez wiele lat obiektu, nie przystają do szanującego tradycję i skupionego wokół medyny Marrakeszu. Choć proces dopiero raczkuje to wydaje się, że takie kontrastowe połączenie może przynieść dobre efekty. Artyści i animatorzy organizują w Ciné Théâtre Palace spotkania teatralne, pokazy filmowe, panele dyskusyjne, wieczorne jam session, wystawiają swoje prace. Pieniądze ze sprzedaży biletów i oryginalnych plakatów filmowych przeznaczają na remont znajdujących się na terenie budynków.

Choć miejsce to mogłoby wtopić się w krajobraz wielu europejskich stolic pewne elementy nie dają nam zapomnieć gdzie się znajdujemy. Znudzony młodzieniec w stroju, w którym nie odstawałby od najmodniejszych równieśników w Barcelonie, chodzi bez celu po dziedzińcu paląc papierosa i starając się zwrócić na siebie uwagę. Skromna, odziana w tradycyjną szatę i chustkę na głowie dziewczyna skrzętnie przelicza dochód z biletów starając się nie ściągać na siebie wzroku cudzoziemców.